Posty

wzięłam na luz

 i sprawiłam sobie mały urlop do Trzech Króli. Może zajmę się domem, a może po prostu przesiedzę z nosem w laptopie. Odsuwam od siebie przykre zadania w pracy - choć wiem, że ich nie uniknę. Podsumowuję pogodnie relację: dała mi otwarcie na miłość i sześć kilogramów. Więc chyba jestem na plusie. Natomiast ogromną satysfakcję mam z dzieci, ta dziedzina w życiu naprawdę mi się udała. Ostatnio dziecko warszawskie robiło ankietę dla pewnej uczelni i oceniło relację z matką jako 10/10. Zastanawiam się nad postanowieniami noworocznymi.

chyba jednak trochę przeżywam rozstanie

 bo wczoraj wiozłam mamę i przejechałam na czerwonym świetle (nawet nie pamiętam, żebym na nie spojrzała), dwa razy zostawiłam kluczyk w aucie zostawiając je na parkingu (auta nawet nie zamknęłam) i opowiedziałam nawet sąsiadce (która przyszła z córką i jej narzeczonym prosić mnie na wesele), że przyjdę na pewno sama, bo w piątek rozstałam się z facetem, a z łapanki z Internetu boję się kogokolwiek przyprowadzić (nie wiem, czy się nie upije albo nie zrobi awantury).  Dlatego dobrze, że wzięłam wolne do Trzech Króli, bo jednak rozkojarzona jestem. Zrobiłam szybki bilans i wyszło mi, że trzy razy ja kończyłam relację, a dwa razy ze mną kończono (oczywiście wliczając tych, z którymi się co najmniej całowałam). Jestem statystycznie przeciętną Polką. Oczywiście teraz nie czuję, że zatrzymał się mój świat, nie straciłam źródeł dochodu, nie wpadłam w zespół ostrego stresu, nie straciłam relacji z rzeczywistością. Jedyne co straciłam to te dwa telefony dziennie, trwające ostatnio króc...

dlaczego uciekłam z portalu randkowego

 Wczoraj wieczorem w przypływie nudy zarejestrowałam się na portalu randkowym dla boomerów i ujrzałam tam kolegę z klasy z podstawówki. Jako jedyny miał zdjęcia w porządnym garniturze wykonane przez profesjonalnego fotografa, co z tego, jak pamiętam go jako największego głąba w klasie, w dodatku w trzeciej klasie na zbiórce zuchów kichnął i wyleciał mu siedmiocentymetrowy smark, który wytarł rękawem. Nad ranem przyśniło mi się, że napisał do mnie przez portal, w śnie zaczęłam krzyczeć ze strachu. Ech. Rano zawiesiłam konto.

boomerzy już fałszują historię

 bo babcia powiesiła sobie swój portret stworzony przez AI z okazji złotych godów, orzekło dziecko warszawskie. Ja założyłam konto na portalu randkowym wieczorem, a rano zawiesiłam. Nie mam siły na pogawędki z przypadkowymi osobami. Nie mam siły wyglądać na desperatkę szukającą wśród innych desperatów. Jak ma przyjść, niech przyjdzie naturalnie. Pana L. zablokowałam w telefonie - po tygodniu niegadania w sobotę odebrałam, rozmowa trwała minutę i to była jedna wielka katastrofa - z mojego punktu widzenia. Nie mam czasu na  bylejakość, to już to niewielkie grono bliskich, które mam wokół, poświęca mi na co dzień więcej czasu. Jeśli ja nie umiem w związki, to L. nie umie w nie jeszcze bardziej. A takie fajne początki były.

mięso na rosół nie respi się w lodówce

 to ważna nauka dla mnie, rzekło młodsze dziecko, gdy na jego pomysł ugotowania rosołu i poczęstowania nim brata odpowiedziałam, że nie ma składników. Trzeba więc będzie dzisiaj wybrać się na zakupy. Święta przebiegły prawie bez nerwów - troszkę tata podniósł głos zapytany o sprawy rodzinne sprzed ponad pół wieku, gdy mama wtrąciła - niepytana - swoje trzy grosze. Przy okazji wypłynął smaczek - zgodnie z prawem przedwojennym dziadkowie pobrali się w 1945 w kościele. Mieli już troje dzieci, gdy dziadek poszedł w pracy po zasiłek rodzinny i usłyszał, że nie dostanie, bo według prawa powojennego nadal jest kawalerem. Ponoć więc, jak dziadkowie jechali na jarmark, wstąpili do urzędu i wzięli ślub cywilny.  Waga moja nie taka zła, po wieczerzy wigilijnej osiągnęła moment krytyczny 63,5 kilo, ale dzisiaj jest lepiej, już zeszło dwa kilo. Sałatka jarzynowa,  niemal niezjedzona,  skwaśniała, więc z musu nie wrzucę jej na śmietnisko własnych jelit. Będę pracować nad tym,...

wigilia

 jakoś przeszła. Po dwunastej w południe zadzwonił eks-teść z życzeniami (w sumie nadal dziadek dla dzieci). Dziecko starsze wylegiwało się w łóżku do jedenastej, ale wspólnie do przyjścia gości ogarnęli, co mieli ogarnąć i nawet zdążyli się przebrać w garnitury.  Życzenia, czyli najgorszy dla mnie moment, jakoś przetrwałam. Standardowo zdrowia, szczęścia i poukładania sobie życia ("Jest poukładane, tato"). Poukładania - czyli bycia w parze. Jedzenia miałam tyle, że jak goście sobie poszli, a dzieci pojechały do taty, ja wsiadłam w samochód i zawiozłam to, co nierozpakowane do społecznej lodówki w pobliskim, byłym wojewódzkim mieście. Uzbierała się tego cała reklamówka. Poza tym w kuchni został cały stos niedojedzonych potraw (mimo, że cała resztę karpia i ryby po grecku dałam rodzicom na wynos). Poza tym łapię sie na tym, że romantyzuję przeszłość. On czasem dzwoni (nie odbieram), czasem pisze (nie odpisuję). Oglądałam jakieś świąteczne badziewie w telewizji i padło tam stwi...

wszystkie chwyty dozwolone

 Chwytam się różnych rzeczy śniegu, drzew, niepotrzebnych telefonów, czułości dziecka, wyjazdów, wierszy Różewicza, snu, jabłek, porannej gimnastyki, rozmów o błogich własnościach witamin, wystaw awangardowej sztuki, spacerów na kopiec Kościuszki, polityki, muzyki Pendereckiego, żywiołowych katastrof w obcych krajach, rozkoszy moralności i rozkoszy niemoralności, plotek, zimnego tuszu, zagranicznych żurnali, nauki włoskiego języka, sympatii dla psów, kalendarza. Chwytam się wszystkiego, żeby nie zapaść się w przepaść. (Anna Świrszczyńska)