to było bardzo pracowite lato
Jak napisałam kilka postów wcześniej, coś mi się takiego stało, że po porzuceniu L. zachłysnęłam się wolnością. Powodów co najmniej kilka: oprócz uwolnienia się z relacji, w której zaczęłam przyjmować rolę ratowniczki i opiekunki i moæliwoßci pracy zdalnej po prostu zadziało się tak, że w związku z dorosłością dzieci od szesnastu lat wychowywanych w pojedynkę, ja po prostu wreszcie mam czas tylko dla siebie. Całą masę wolnego czasu i myślę, że dobrze nim gospodarzę. Jakby druga młodość.
Rozmawiałam z synem o SMS od pana z ubiegłotygodniowej randki, ten sie tylko zaśmiał, że facet, który kłamał o swoim wieku i spotkanie zaczął od zapytania mnie o datę i godzinę urodzenia, po czym od razu zaczął mi stawiać horoskop tłumacząc z kwadratur i opozycji jakich planet wynikają poszczególne cechy mojego charakteru, w jednej wiadomości pokazał trzy czerwone flagi. 1) wiadomość po tygodniu milczenia, bez feedbacku zaraz po randce 2) wiadomość o 21:30, gdy mówiłam mu że często koło 21 jestem już w łóżku 3) pytanie o wrażenia z Toskanii, podczas gdy pamiętam, że określiłam mu datę wyjazdu i w Toskanii w środę jeszcze mnie nie było.
Ale mniejsza o to, nawet nie zamierzałam reagować.
Dzisiaj skończyłam prace w ogrodzie, przez całe wakacje zrobiłam więcej, niż planowałam w tym roku. Mam usunięte tuje z przedniego ogrodu, usunięte korzenie, posadzone nowe kwitnące krzewy (wajgela, azalia, hortensja ogrodowa i hibiskusy bylinowe), wszystko ładnie wykorowane. W tylnej części ogrodu też zostały usunięte korzenie wyciętych dwa lata temu tuj, wykopane kłujące berberysy i posadzone hibiskusy ogrodowe, hortensja bukietowa, różanecznik i wajgela. Dwa pozostałe rzędy tuj zostały elegancko przystrzyżone. Pomalowałam ogrodzenie. Do tego udało się przed wycieczką zrobić wertykulację, aerację i nawiezienie trawnika. W stopy (wertykulację robiłam w klapkach) wlazła mi ziemia tak mocno, że nawet moczenie nie dało rady jej usunąć, ale za to dzięki wertykulacji mam głębokie poczucie dobrze wykorzystanej części domowej urlopu. Z trawnika wygrzebałam maszynką 32 worki z mchem (!). Zaczęłam porządkowanie grządki z bylinami, no i posadziłam wzdłuż przejazdu do garażu ponad 40 barwinków. No i do tego cotygodniowe koszenie i odchwaszczanie od czasu do czasu.
W domu przez wakacje posprzątałam gruntownie pralnię i pomieszczenie za pralnią oraz garaż w piwnicy, ostatnie takie porządki robiłam bodajże w 2010. Trochę wody w rzece od tamtej pory upłynęło.
Wywaliłam przez ostatnie dwa lata chyba milion rzeczy w ramach odgracania i nigdy nie odczułam ich braku - jednym słowem, nie były w ogóle potrzebne.
Fachowcami naprawiłam napędy w bramach garażowych, naprawiłam szufladę w kuchni i usunęłam przyczynę zatapiania garażu w piwnicy podczas ulew.
Sprzątanie szafek i szuflad w kuchni oraz sprzątanie spiżarki zostawiam sobie na jesień. No i może jak pogoda będzie jeszcze sprzyjać, w tym roku zabiorę się za wywożenie złomu z garażu.
Bardzo to się zazębia jedno z drugim: porządki w domu i życiu.
A teraz gotuję sos z prawdziwych pomidorów w ramach eksperymentu, czy syn zje tak przyrządzone spaghetti.
Brzmi pysznie 😀
OdpowiedzUsuńDziękuję. I mnie tak pysznie smakował.
UsuńIleż Ty masz energii! :)
OdpowiedzUsuńCiekawa jestem Twoich wrażeń z Toskanii.
PS. A czy sos się "przyjął"? :)
OdpowiedzUsuńJa chociaż raz do roku gotuję zupę ze świeżych pomidorów i staram się z takich przyrządzać sosy, chociaż nieraz zwycięża wygodnictwo.
Chyba w tym tygodniu zrobię pomidorówkę i nie obchodzi mnie, że mój syn mało "zupowy".
sos mnie smakował wybitnie, synowi nie bardzo, ale myślę, że będę powtarzała doświadczenie. Przywiozłam sobie z Włoch parmezan, u mnie też jest do dostania, więc zamierzam dosmaczać nim makarony.
Usuń