choroba dyrektorska. Kraków. No buy challenge.

w piątek dopadła mnie choroba "dyrektorska", czyli taka na weekend. Cały piątek rozwalało mi głowę od środka, jakby spuchł mi mózg, w sobotę do tego doszedł wodnisty katar. Ratowałam się paracetamolem, bo była pilna robota. Natomiast całą sobotę przeleżałam w łóżku. W niedzielę po wodzie z nosa nie było śladu, a i mózg wrócił do normalnych rozmiarów. 

Dużo w związku z tym siedziałam w Internecie. Jak zwykle przy wydarzeniach, objawiło się mnóstwo  fejkowych wiadomości, szukania sensacji począwszy od dzieciństwa sprawcy i zbijania kapitału politycznego przez przedstawicieli absolutnie wszystkich opcji. Po godzinie od wydarzenia Twitter (czyli obecny X) miał ustalone nazwisko i profil na facebooku sprawcy oraz informację, że policjant musiał strzelać kilka razy, bo sprawca nosił kamizelkę kuloodporną. W ocenie naszej rodziny nadal w Polsce jest bezpiecznie, odnotowaliśmy najkrótszy czas ujęcia sprawcy.

W niedzielę rano jak zwykle joga. Usiłuję dokończyć "Ślepnąc od świateł", ale podoba mi się tak se. Zdecydowanie mijam się z gustami wydawniczymi i czytelniczymi. Myślę też, jak odchudzić szafę, znowu dwie bluzy odłożyłam na PSZOK. Jak do tej pory udało mi sie też powstrzymać z impulsywnymi zakupami weekendowymi i bardzo chciałabym jak najdłużej nic nie kupować z ciuchów i szukać inspiracji w tym co mam - ciekawe, jak długo wytrzymam.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

czy jestem osobą wysoko wrażliwą?

co chatka, to zagadka

sierpniowy randek przypomniał sobie o mnie