Szał, dziki szał

 co to był za zawodowy dzień!

Wczoraj o czternastej dowiedziałam się, że audytor chce kończyć w piątek, więc moje poniedziałkowe plany na piątek poszły się kochać. Do tego okazało się, że w piątek koleżanki z zespołu klienta nie będzie w pracy, będę więc musiała wszystko ogarnąć samodzielnie.

Ledwo co zasnęłam w nocy, jakoś bolała mnie głowa. Rano okazało się, że bierze mnie jakiś wirus. Ale pozbierałam się i jak nie ja, punktualnie zaczęłam pracę. Do dwunastej było spokojnie, nawet udało się odbyć zaplanowaną na dziesiątą wizytę u fryzjera (idę w blondy). Potem jazda bez trzymanki. W sumie papierków mało co ogarnęłam, ale odbyłam chyba ze czterdzieści telefonów w pozostałe cztery godziny i - co najważniejsze - zakończył się audyt, co dało mi poczucie, że potrafię coś tam coś tam (jak kiedyś bełkotała pijana członkini KRRiT). Z całego tego zamętu pogratulowałam sobie pracy online z domu, bo w biurze dodatkowo musiałabym znosić cały ten biurowy, hałaśliwy kurnik. Niewątpliwą zaletą pracy home office jest skupianie się wyłącznie na zadaniach własnych, a nie problemie koleżanki, która cierpi, bo zamknął się jej Excel bez zapisania efektów.

Na radosnej fali wznoszącej we wtorek zamierzam wziąć wolne, by spokojnie odwiedzić fizjoterapeutę (chyba zaczyna mi się jakieś zwyrodnienie barku od ciągłego operowania myszką).  

Cały dzień łaziły za mną węglowodany, w końcu wieczorem ugotowałam sobie dwa ziemniaki w mundurkach, do tego jajka na twardo i sos chrzanowy - pychota. Teraz czuję, jak żołądek jest miękko wyściełany jajczano-ziemniaczaną papką i błogo mi od tego. I czuję, jak stopy mi się rozgrzewają.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

co chatka, to zagadka

czy jestem osobą wysoko wrażliwą?

sierpniowy randek przypomniał sobie o mnie